Zapach róży nowy poemat na poduszce Sub rosa róże na suficie tarot na stole Pięć płatków róży na każdym ślad szminki Róża wiatrów w jego dłoniach zapowiedź przygody (aranek)
Tyle było nęcących romansowych poczynań... Ziemia miękka po deszczu - z rozśpiewanej akacji, spływały drżące krople - Scałuję do kolacji, (czytałam w błysku oczu), a wiatr bluzkę rozpinał.
Tyle gwiazd i księżyca w jednej chwili przybyło, aż się niebo roiło zmysłowo – owocowo, łaskotały cykady figlarną bossa novom, prowokując do tańca pod kosmiczną glicynią.
Tyle w palcach wieczoru, pożądliwych dotyków od muśnięć mokrych płatków, po namiętne kąsanie ostrych kłączy na karku, mokrych traw zadrapanie, korzennych aromatów i różanych zachwytów.
Tyle było natchnienia w pęczniejącym ogrodzie, aż z rozpalonej ziemi trysnęły winne soki. Świat na chwilę oniemiał kiedy napój miłosny spijaliśmy haustami – zadurzeni w urodzie
sytej nocy o smaku dojrzało owocowym. Przeminęła Tristanem, złotowłosą Izoldą, przychylnym jak my dzisiaj romansowym akordom, na płatkach dzikiej róży, jutro w głogach cierniowych. (aranek)
Stanęli na starcie w kolejnym etapie. Przyjdzie im się zmierzyć, bo każdy laureat potencjalny, ale na wszelki wypadek, kto żyw z kandydatem czyni uzgodnienia. - Co będzie gdy wygra? - Z kim podzieli łupy? Kto zgarnie a komu dobiorą do … maku w korcu, więc za wczasu lepiej mieć zasługi. Wszystkich kusi puchar spodziewanych smaków.
Lider głośno mlasnął (nie mógł się powstrzymać). Rozdał chorągiewki, na niby się zżyma: To tamto, ten temu, policzki nadyma. Wygra? Jego sznurki wiadomo kto trzyma… Inni, też się mądrzą, każdy na swój sposób zdobywa klakierów, kupczy gdzie popadnie. Ustawka – głupawka, ogarnąć nie sposób, jeden przez drugiego chce wypaść najładniej.
Ten, tego szkaluje, tamten puszcza oko na wszelki wypadek, gdyby nie dojechał. Peleton przyspiesza, rozbryzguje błoto, na kogo wypadnie, ze zmiennością pecha. - Polki i Polacy, Panowie i Panie! Dziś wasze pięć minut więc klaszczcie do syta! - To wszystko co wasze – ostatnie rozdanie kiełbasy na drogę... Nagle ktoś zapytał:
- Ale o co chodzi? Szanowna Socjeto! Dziś trwają igrzyska, jutro wróci "codzień" i znów od początku: - to nie tak, to nie to… Żal, że można było - szkoda, że po szkodzie. Tylko gorzki puchar, przetrzepana kasa, klin, klinem na kaca – bidnie ale swojsko! Narodowa czkawka, zepsuta kiełbasa i odwieczny problem ... A, co z Tobą Polsko?
Ruszyła robótka – projektant się puszy; Niebawem Sobótka - z czego by tu uszyć letnie sukieneczki? Czym by tu zaskoczyć? Może, wronim gniazdem z przechyłem na oczy... Oczy, mgłą zasnute lub pajęczą siecią, pająkiem się zepnie matinkę niedźwiedzią dla panien bez wzięcia, na czerwcowe chłody, gdy stoją w zaroślach obgryzając szpony - długie i drapieżne...
Image - wredna strzyga!
Dziób przerysowany w korelacji skrzydła, (sowie, rozpostarte), a doły w kontrastach, mnisie puchy z gandzią - stosowne do gniazda.
- Magnifick!
To kląska z zachwytu designer, - minimalizm formy, środki naturalne, treść ambiwalnięta zgodna z duchem lasu, poezja w kreacji, według drogowskazów:
„Comeback do chruśniaka”,
lub
„ostry wizg strzygi”.
- Który mam na myśli? Można też na migi… Cuda, wianki, wszystko byle było - Wow! Imitacja z iskrą – czas na wielki show!
Trza naostrzyć pióra i spisać od nowa (wystarczy komóra, trzy lub cztery słowa), Nowe, stare baśnie, przy blasku świetlika. Welles dziś nie zaśnie - świat mu się wymyka.
Perun jak nie wrzaśnie - a co to Drzewianie! Już wam nie po myśli słowiańskie bajanie? Sztuczny ogień w niebo, sztuczne dziewek lica, kto zacz, nie rozpoznasz: panna - czarownica?
Perun mignął okiem.
- O jest! Panna w wianku,
splecionym bylicą i kwieciem rumianku, W lnianej koszulinie ... - otrok czy dziewczyna? Ony, stwór bez kosy, sobótkę zaczyna, niedojrzałym miodem opita zaraza! Spod giezła... Sromoto, toż, to chłop, nie baba? A dyć to dyktator, kielich spełnił do dna!
- Magnifick (bełkocze) - tradycjo nadobna...
Wielka pompa (z nieba), aż splątki i puszki mchów z najniższej klasy, przemoczyły nóżki, pozmywała dzioby i kreacje nowe, Niedźwiedź w wianku chrapie... – Czas dogaszać ogień.
Bumerang Zamieszkała w chichocie wiatru, Schowała włosy pod chustę. Ukrył się we wnętrzu kwiatu spłoszył edeńską pszczołę.
Zanurzona po biodra w słońcu, przechyliła kielich rozpaczy, przemknęła między kroplami zostawiając tęczowe ślady .
Schroniła się w nocy obiecanej, uwolniła włosy i biodra, namaściła ciało jaśminem, a kiedy sen wchodził pod chmurę, drwiący księżyc srebrzył się w oknie
W ramie starego złota, zroszone krwiste plamy. Puszy się chwastem łąka, nowe ścieli dywany w jedwabnych rękawiczkach. (W teorii – chodzi o to, by nie zabrakło mniszka), - chwast cenniejszy niż złoto),
przykryje tanim kosztem krwawnik wciąż zakrwawiony, maki starsze i młodsze, serdeczne anemony, chłopcu z płatkiem jaśminu odczaruje skowronki, odurzy dzikim winem kłamstwem jałowej łąki.
W istocie o to idzie, co drzemie w zieloności, wciąż niezależne życie, najmniejszy zryw wolności - niech wije się i ścieli, wspina nawet na płotach, pod kościołem anieli, zielna chamska hołota.
Który mienisz się wielkim, choć małość twoje imię, bacz byś w ogrodzie zielnym, potrafił przetrwać zimę. Na nic krecie przywary i wyobraźnia krótka, sam pośrodku Sahary, nie wykopiesz ogródka . (aranek)
Kolorowe układam kabały ochry miękko współgrają na piasku śpiąca plaża zmieniła brzeg w Paryż, herbaciarnia w termosie do brzasku. Apartament pod srebrnym kloszardem mokrym złotem wypełnia mansardę.
Kocham noc pod gwiazdami w zachwytach silnych ramion jak maszty do żagli, odpływamy na łodzi z księżyca cennych łupów kradzionych, zachłanni; Sól bezcenna rozpływa się w ustach, w ochrze złoto a perły śpią w muszlach.
Krzykiem rąk zamieniamy czas w dotyk, fikcja gwiazdy porywa na Mobius, a ty jedną po drugiej ostrożny, coraz bardziej zanurzasz bym w ogniu utarzana kabałą przyjemnie, śniła perłą gdy noc rośnie we mnie…
Pod gwiazdami czas zawsze niestały, złotym traktem zajeżdżam planety, gram z amnezją o etos – wiatr zamilkł między nami dwa słońca, dwa sierpy tną ciemności świat znowu oszalał, żeby w żądłach słonecznych – przetrwała.